prasa o edycji
Gruziński Makbet przyciąga, fascynuje, zachwyca. Mistrzowski spektakl według Szekspira to fantastyczny finał 16 Konfrontacji Teatralnych. Spektakl Davida Doiashvili zdążył już zdobyć szereg nagród na prestiżowych festiwalach. W czwartkowy wieczór dostał w Chatce Żaka brawa na stojąco. To była prawdziwa uczta dla zmysłów. Zmysłów, bo chłonęliśmy ten spektakl w kilku wymiarach.(...)Gruziński reżyser młodego pokolenia poszedł dalej. Z tekstu wydobył miłość i dramat Makbeta, ale w dodatku pokazał mistrzostwo szekspirowskiego języka. Z uwagą wsłuchiwaliśmy się w śpiewną mowę Gruzinów, z rozkoszą śledziliśmy na monitorach polskie tłumaczenie. W tym fragmenty o ułomności, kruchości i znikomości ludzkiego żywota.
Charyzmatyczne aktorstwo, mistrzowskie połączenie akrobatyki na linach, wokalizy, muzyki, projekcji wideo i laserowych świateł sprawiło, że niektóre fragmenty spektaklu zapierały dech w piersiach. I choć gruziński "Makbet” raz zahaczał o mroczną tragedię, raz o makabryczny kabaret – to przedstawienie magnetyzowało i uwodziło publiczność. W drugim akcie uwiodło na całego, co przełożyło się w brawa na stojąco.Jednocześnie był to bardzo poetycki, liryczny spektakl, który "oddychał” całym ciałem. Kreatywność jego realizatorów sięgała nieosiągalnego dla polskiego teatru pułapu. Kiedyś polski teatr romantyczny zachwycał Europę, dziś Europa zachwyca się romantycznym teatrem ze Wschodu.
Romantyczny wschód teatru Janusz Opryński pokazuje na Konfrontacjach Teatralnych od kilku lat. Z roku na rok przywozi do Lublina fantastyczne, świeże, odkrywcze spektakle. "Makbet” Davida Doiashvili jest tego wzorcowym przykładem.(...)
Waldemar Sulisz, Teatr Dramatu i Muzyki Vaso Abashidze: "Makbet”, 22.10.2011
Gdyby jakość spektakli na 16 Konfrontacjach Teatralnych mierzyć ilością gromkich braw, to żaden ze spektakli tylu braw nie dostał. Dlaczego? Po pierwsze to zasługa Doroty Masłowskiej, której groteskowa powieść "Między nami dobrze jest” stanowi punkt wyjścia do spektaklu Teatru Rozmaitości. Masłowska jest modna, jej teksty są makabryczne, ale mówią prawdę o Polakach prosto z mostu. Po drugie to zasługa Grzegorza Jarzyny, jednego z najbardziej kreatywnych reżyserów polskiego teatru. Po trzecie to zasługa wspaniałej Danuty Szafarskiej, wielkiej damy narodowej sceny. Każda z wymienionych osób była dla publiczności silnym magnesem. Jedni przyszli na Masłowską, inni na Jarzynę, jeszcze inni na Szafarską. Jeśli dodać do tego rolę Adama Woronowicza, którego Lublin może oglądać w świetnym spektaklu Janusza Opryńskiego "Bracia Karamazow” – to wielkie brawa nie dziwią. Na scenie zobaczyliśmy Polskę, w której nie kupuje się gazet, bo można je znaleźć w śmietniku, nie trzeba w nich rozwiązywać krzyżówek, bo są już rozwiązane, jednorazowe kubeczki służą przez długi czas, a zepsute jedzenie zamraża się na czarną godzinę. Zobaczyliśmy przeciętnych Polaków, których nie stać na wakacje, kredyt, marzenia. Zostaje pilot od telewizora i powtórki z filmów sprzed lat.
W finale spektaklu "Metalowa Dziewczynka” (na scenie mamy babcię, matkę i wnuczkę) z kucykami mówi: "Każdy wie, że Polska głupi kraj, biedny i brzydki. Architektura brzydka, pogoda ciemna, temperatura zimna, nawet zwierzęta uciekły i schowały się w lasach. W telewizji złe programy, dowcipy niedowcipne, prezydent wygląda jak kartofel, a premier jak kabaczek.”
Polska to głupi kraj – powtarzają w myślach widzowie. Patrzą na brudy wyciągnięte przez Masłowską. Zaglądają w swoje serca, po przyjściu do domu ukradkiem chowają stare kolorówki. Siadają w fotelach, gapią się na telewizor, zaczynają myśleć nad tym, że w Polsce ze spektaklu Jarzyny nie ma już żadnej solidarności, wspólnoty, platformy porozumienia. Nie ma Polaków? (…)
Waldemar Sulisz, Teatr Rozmaitości: "Między nami dobrze jest”. Recenzja , 19.10.2011
(…) Zostałem i nie żałuję, bowiem "Babuszki" moskiewskiego Teatru Praktika w reżyserii Swietłany Ziemliakowej to spektakl, który naprawdę warto - a właściwie nawet trzeba - było zobaczyć. (…) Zespoły przyjeżdżające do nas od naszych wschodnich sąsiadów często w ostatnich latach próbują epatować stroną wizualną; efektownością, która niejednokrotnie okazuje się zwykłym efekciarstwem. Co powoduje, iż gubi się to, co w teatrze najważniejsze - sens. Spektakl Ziemliakowej lokuje się na dokładnie przeciwstawnym biegunie. Jest skromny, niemal surowy w formie, pozbawiony wszelkich ubarwiających "bajerów", a sceniczną technikę wykorzystuje wyłącznie w stopniu niezbędnym.
Ot, sześć starych kobiet w obecności młodego - trudno rzec: socjologa, etnografa czy może reportera - snuje wspomnienia o swoim życiu. Tylko tyle. Ale ta świadomie zastosowana prostota formy przypomina dobitnie prawdę podstawową, a nierzadko zapominaną - jak ważne w teatrze jest słowo i wypowiadający je aktor. I tu muszę się przyznać do pewnego (wcale niemałego) zaskoczenia. Otóż w rolach tych starych kobiet, owych tytułowych "babuszek", reżyserka obsadziła aktorki bardzo młode. Zrazu wydało mi się to pomysłem ryzykownym. Gdy jednak zobaczyłem, jak znakomicie owe dziewczęta grają, uwierzyłem w tę koncepcję bez zastrzeżeń. Nie sposób od nich oderwać uwagi.
To trochę dziwne. Opowieści owe bowiem nie traktują o rzeczach wielkich, wstrząsających, zmieniających sposób widzenia świata. To historie o codzienności, o rzeczach zwyczajnych, które nie miałyby szans na znalezienie się nawet na dalekich stronach gazet. Ale może taka jest psychologiczna prawidłowość, że właśnie zwyczajność najmocniej zapada w pamięć i kiedy przychodzi czas na sięgnięcie do wspomnień, ona właśnie wysuwa się na plan pierwszy. Snują tedy "babuszki" te swoje gawędy, podobne jedna do drugiej, ale przy tym podobieństwie przecież jednak odmienne. A wyłaniają się z nich osobiste historie, z których każda - to też zaskakujące - mogłaby się stać materiałem na osobną sztukę. Może nie tej rangi co tragedie Sofoklesa czy Szekspira, ale przecież także ciekawą. Nie kryję, że chętnie bym coś takiego zobaczył.
Podstawą do stworzenia spektaklu Swietłany Ziemliakowej była książka "Rosyjska wieś we wspomnieniach jej mieszkańców". I rzeczywiście "Babuszki" są opowieścią o rosyjskiej (a także radzieckiej) wsi. Wykraczającą jednak daleko poza prosty socjologiczny opis. Mam wrażenie, że udało się w tym spektaklu odsłonić niemały kawałek - nazwijmy to tak - rosyjskiej duszy, co jest pojęciem trudnym do precyzyjnego zdefiniowania, lecz intuicyjnie zrozumiałym. Ale jest też coś jeszcze. Już w trakcie spektaklu, a także długo po nim nie mogłem i nadal nie mogę oprzeć się wrażeniu, że może to być przedstawienie nie tylko o Rosji. Zastanówmy się przez chwilę, czy podobnych "babuszek" z ich opowieściami nie znaleźlibyśmy choćby w której z popegeerowskich wsi na przykład w Warmińsko-mazurskiem? Sądzę, iż nie będzie przesady w stwierdzeniu, że mały wielki spektakl Teatru Praktika daje więcej niż zapowiada.
* * *
To już ostatnia moja relacja z tegorocznych Konfrontacji Teatralnych. Podsumowania całego festiwalu jednak nie będzie. Z różnych bowiem powodów nie udało mi się tym razem zobaczyć wszystkich spektakli. Zamiast tego może tylko taka uwaga: na otwarciu festiwalu przedstawicielka Narodowego Instytutu Audiowizualnego życzyła - cytuję - "mniej konfrontacji, a więcej spotkań". Rozumiem oczywiście kontekst, w jakim użyła tych słów, ale rzeczywistość okazała się nieco paradoksalna. Bywały już edycje festiwalu, podczas których mieliśmy znacznie więcej aniżeli w tym roku okazji do konfrontowania idei, estetyk i zjawisk. Natomiast spotkań rzeczywiście nie brakowało. A na ile ważne i owocne były to spotkania każdy musi sobie odpowiedzieć już sam.
Andrzej Z. Kowalczyk, Konfrontacje Teatralne: Mały wielki spektakl na finał, 23.10.2011
W opublikowanej w czwartek relacji z przypadającej mi części wydarzeń Konfrontacji Teatralnych skupiłem się na przedstawieniu białoruskiego Teatru Wolnego, a nie napisałem nic o spektaklu Anny Steller i Magdaleny Jędry. Nie było to przeoczenie, ani tym bardziej zlekceważenie tej realizacji. Przeciwnie - uważam "Have a Nice Hell" za spektakl bardzo dobry, zasługujący na uwagę, ale nie chciałem "na siłę" dołączać go do zdarzenia z zupełnie innego obszaru teatralnego. Tym bardziej, że jedna z twórczyń - Anna Steller - następnego dnia wystąpiła ponownie, co daje okazję do omówienia obydwu spektakli łącznie.
Nie ukrywam, że przeglądając program tegorocznego festiwalu jeszcze przed jego rozpoczęciem, spektakle Anny Steller zaliczyłem do tych, które muszę zobaczyć koniecznie. Uważam ją bowiem za jedną z najciekawszych postaci w polskim tańcu współczesnym. Dobrze pamiętam również prezentowany w 1999 roku na Spotkaniach Teatrów Tańca spektakl Teatru Dada von Bzdülöw "Łapiti kontra reszta świata", w którym zagrała naprawdę znakomicie. Oczekiwałem realizacji ciekawych i z pełnym przekonaniem mogę rzec, iż owe oczekiwania zostały spełnione. A nawet więcej - te dwa kolejne popołudnia pokazały, jak rozległy jest obszar zainteresowań i artystycznych penetracji Anny Steller.(...)
Ale ta środowa prezentacja okazała się zaledwie "przystawką" przed czwartkowym spektaklem "Delia", zrealizowanym przez Annę Steller wspólnie z Jackiem Krawczykiem. Tym razem inspiracją dla twórców były dokonania artystów awangardy z lat 50. i 60. XX wieku: Merce’a Cunninghama i BBC Radiophonic Workshop, z którym była związana tytułowa Delia Derbyshire, pionierka eksperymentalnej muzyki elektronicznej. Na tym fundamencie zbudowany został spektakl wręcz niezwykły. Z jednej strony - nieskalanie czysty, wręcz wysmakowany estetycznie, z drugiej zaś - matematycznie precyzyjny, w którym każdy ruch, każdy gest wykonywany jest z milimetrową dokładnością. Osiągnięcie tak nadzwyczajnej harmonii pomiędzy wizualną urodą i subtelnością a idealną precyzją techniczną to prawdziwa rzadkość. A co więcej - gdańscy tancerze dokonali tego za pomocą środków prostych, surowych, nieomal ascetycznych formalnie. To potrafią tylko najlepsi. Jednak opis tylko tego, co mogliśmy zobaczyć nie będzie opisem pełnym. Nie mniej ważna jest bowiem warstwa dźwiękowa spektaklu. Zestawienie działań tancerzy ze znakomicie i konsekwentnie wykorzystaną muzyką elektroniczną spowodowało, że przed oczyma widzów powstała niematerialna, acz wyraźnie dostrzegalna struktura przestrzenno-dźwiękowa, przypominająca urodą gotyckie katedry. Teatrem tańca zajmuję się od wielu lat, ale niewiele widziałem realizacji o tak wielkiej sile kreacji. "Delia" zdecydowanie przebiła wszystko, co zobaczyliśmy w nurcie MAAT Festivalu i z pewnością była jednym z najciekawszych spektakli całych Konfrontacji. Tę realizację zapamiętam na bardzo długo.
Andrzej Z. Kowalczyk, Konfrontacje Teatralne: Fantastyczna Anna StellerTeatralne, 21.10.2011
(…) Tydzień temu "Braci Karamazow" prezentowano na festiwalu Dialog we Wrocławiu, jednym z najbardziej prestiżowych forum teatru w Polsce. Przygotowywany przez kilka lat spektakl Janusza Opryńkiego miał premierę w czerwcu. "Oglądając lubelskich "Braci" siedzi się jak na szpilkach. Nie ma chwil znużenia obrazami, zmęczenia dialogami. Choć sceny poważne przeplatają się z żartobliwymi a dramatyczność dotyka komiczności, prawie od razu zapomina się o obyczajowo-kryminalnym stelażu powieści Dostojewskiego i słucha rozmów fundamentalnych. Przyglądamy się drodze duchowej postaci, jakby to był najszybszy na świecie film akcji" - komplementował przedstawienie Łukasz Drewniak w "Dzienniku Gazeta Prawna". Akurat mija 40 lat od założenia tak zwanego pierwszego Provisorium - i 35 lat od czasu, kiedy do zespołu dołączył Opryński.
Jak piszą sami realizatorzy spektaklu, interpretacja głównych motywów "Braci Karamazow" Fiodora Dostojewskiego jest naznaczona rozumieniem Rosji Cezarego Wodzińskiego, który na okazję spektaklu przetłumaczył fragmenty powieści na nowo, zaś jego dwa dzieła "Święty Idiota" oraz "Trans, Dostojewski, Rosja czyli o filozofowaniu siekierą" stały się głównymi lekturami twórców podczas pracy.(…)
Grzegorz Józeczuk, Konfrontacje Teatralne pod znakiem Dostojewskiego, 16.10.2011
Przedstawienie składało się z szeregu, odrębnych scen, każda z nich miała opowiedzieć coś istotnego o jednym z krajów - od Europy Wschodniej, przez starą Unię, po Stany Zjednoczone. Ostrze krytyki nie oszczędziło żadnego z nich. Widzowie wychodzący w środę wieczorem z Warsztatów Kultury, mówili, że najbardziej w pamięć zapadły im dwie sceny: przesłuchania studenta Białorusi i właśnie polskiej "nocy poślubnej". W tej ostatniej zastosowano ciekawy zabieg: aktor grający księdza nie wychodzi na scenę, dla widzów jest jedynie cieniem. Dzięki temu udało się uniknąć zbytniej dosłowności, a wartością dodaną stała się szczypta komizmu zbudowanego na absurdzie.
Aktorzy tworzyli klimat przedstawienia wykorzystując skromne środki, jeśli chodzi o kostiumy i elementy scenografii, ale jednocześnie nie bojąc się grać w sposób przerysowany. Duży nacisk został położony na słowo, ale w kulminacyjnych momentach istotną rolę odkrywały rekwizyty - mocne sceny torturowania arbuza i jedzenia fast foodu.Teatr Wolny na Białorusi jest na cenzurowanym z powodów politycznych. Obecnie grupa jest podzielona - część artystów została w Mińsku, a część jest za granicą, dlatego zdarza im się prowadzić wspólne próby teatralne przez Skype.
W czasie spotkania z lubelską publicznością podkreślali, że bycie teatrem opozycyjnym nie wystarczy, żeby być zapraszanym ma międzynarodowe festiwale. Jeśli nie chce się wypaść z obiegu teatralnego, trzeba po prostu robić dobry teatr.
Małgorzata Szlachetka,Konfrontacje. Teatr Wolny wywołał szok?, 20.10.2011

